Leniwa popkultura

Kiedy w grudniu minionego roku dostałam propozycję zrecenzowania „Żółci”, zgodziłam się od razu. Hasło „pierwszy w Polsce debiut poetycki w formie komiksu literackiego” wystarczyło, by wzbudzić moją ciekawość. Co prawda research połączenia słów „komiks” i „poezja” wykazał, że istnieją już inne przykłady takiego mariażu mediów (także w naszym kraju), jednak to właśnie „Żółć” jako pierwsza wpadła mi w ręce.

Nie mając porównania z innymi realizacjami tego samego pomysłu, czytałam (i oglądałam) dzieło Łukasza Gamrota z rysunkami Artura Denysa bez konkretnych oczekiwań względem formy. Nie miałam też przygotowana do interpretacji samej treści, ponieważ – przyznam szczerze – na współczesnej poezji nie znam się zbyt dobrze; wiersze białe, nie licząc może tekstów Szymborskiej czy Barańczaka, zwykle budzą we mnie konsternację i poczucie niekompetencji. Kiedy więc „Żółć” w końcu do mnie dotarła i wizja recenzji stała się realna, autentycznie się przeraziłam. Czy szeregowa recenzentka komiksów może stawić czoła wierszom poety XXI wieku? Czy potrafi powiedzieć o nim coś sensownego…?

W takim stanie ducha wzięłam do ręki szaro-czerwony album i rzuciłam się na głęboką wodę znaczeń, obrazów i metafor. I choć odczytanie sensu bywało niekiedy wyzwaniem, udało mi się nie utonąć w morzu pytań w stylu „co autor miał na myśli”. Nie tylko nie utonęłam, ale też wyłowiłam z lektury garść wrażeń, wniosków i refleksji, co uważam za osobiste zwycięstwo. Niniejszym wylewam je z siebie tutaj, na łamach Leniwej Popkultury, żebyście mogli przekonać się, czy twórcom „Żółci” udało się połączenie poezji z komiksem.

 

Kąpiel w żółci

Gamrot nie cacka się z czytelnikiem. Już na początku podróży przez swoje wiersze daje nam do zrozumienia, że wesoło nie będzie. „Dzisiejsze wiadomości chciałbym rozpocząć od historii wymierania”, pisze w tekście dowodzącym, że postęp niekoniecznie idzie w parze z dobrobytem. Mimo zdobyczy nowoczesności ludzie nadal cierpią i umierają z powodu klęsk, nierówności czy głodu.

Ten depresyjny ton cechuje praktycznie całą „Żółć”. W wierszach Gamrota nie uświadczymy optymizmu. Jest tu brudno, gorzko i realistycznie, a niekiedy wręcz rozpaczliwie i strasznie. Wiele z utworów ma charakter bardzo osobisty, jest swoistą poetycką autobiografią autora. Poeta wspomina swoje dzieciństwo, patrzy na dojrzewającego siebie, na człowieka harującego na emigracji oraz na swoje obecne życie w Polsce.

W swoim debiucie Gamrot często zabiera głos w imieniu całego pokolenia dzisiejszych trzydziestoparolatków („Widziałem nas jako odkrywców, wypływających z portu lat osiemdzięsiątych”). Wyraża kolektywne rozczarowanie rzeczywistością, która okazała się daleka od idealnej. Pisze o poczuciu osamotnienia i osaczenia, o pustce wypełnianej używkami, o strachu, bezsilności i gniewie. Raz robi to bardzo dosłownie, a raz przenośnie, tajemniczo, nie wprost. Jednak nawet jeśli na poziomie intelektualnym nie wszystko to jest dla czytelnika (zwłaszcza niezaznajomionego z poezją) zrozumiałe, łatwo wyczuć ten przygnębiający nastrój, a nawet się nim zarazić.

 

(Czarna) żółć, ognista czerwień

Częstym motywem, jaki przewija się przez kolejne utwory, są metafory odwołujące się do ludzkiej cielesności i zwierzęcych popędów. „Starzeję się i przeczuwam, że to historia o nas, o Polsce właśnie; o ziemi przeklętej, do której brzucha wpuszczono dzikich lokatorów, którym otwarto rany i zaszyto w nich oszalałe z głodu zwierzęta”, pisze Gamrot w „Prośbie o wybaczenie”. W słowach i na obrazach czają się śmierć i ból („A teraz wyobraźcie nas sobie jako śmierć, którą częstujemy własne dzieci”). Sporo jest też czerwieni pod postacią krwi i ognia („Dzieci krążą i chłoną zapach spalonej krwi”). Nad tym wszystkim unoszą się zaś „kolejne konstelacje dymu, co wpełzł pod siatkówkę i rozciąga się, ociera, pręży grzbiet”.

Oprócz czerwieni na rysunkach Artura Denysa dominują czerń, szarość i biel. Gdzie zatem tytułowa żółć? Czy tylko w tytule na okładce? Wydaje mi się, że nie; w pewien sposób jest obecna w każdym z tych tekstów. Tak jak żółć pomaga naszej wątrobie trawić tłuszcze, tak samo poezja staje się narzędziem rozkładu doświadczeń autora, środkiem dokładnej analizy tego, co w nas brudne, lepkie, toksyczne, czające się w zakamarkach ciał i mózgów.

Żółć możemy kojarzyć również z teorią Hipokratesa-Galena. Według niej przewaga tzw. żółtej żółci w organizmie miała być typowa dla choleryków, a jej czarny odpowiednik – dla melancholików. Pierwszą kojarzono z ogniem i młodością, drugą – z ziemią i dorosłością. Wszystkie te powiązania zdają się pasować do „poemiksu” Gamrota i Denysa. „Żółć” pełna jest gniewu i gorzkich, mrocznych refleksji, a autor przygląda się w niej młodości z perspektywy dojrzałości. I choć często odlatuje w plastyczne, wyszukane metafory, cały czas twardo stąpa po ziemi – mocno w niej osadzony, wręcz przykuty do świata niszczejącej przyrody, własnej biologiczności i ojczystej ziemi.

Ilustracja kontra integracja

Komiks zawsze widziałam jako medium, w którym słowo i obraz są ze sobą nierozerwalnie związane. Pomijając utwory, w których opowieść ma charakter wyłącznie wizualny, tekst i rysunek powinny tworzyć razem jakąś nową jakość. Trudno mi nazwać komiksem opowieść, w której narracja tekstowa może spokojnie funkcjonować bez swojego wizualnego odpowiednika (i vice versa); jako czytelniczka oczekuję efektu wynikającego z ich ścisłej współpracy.

W tym sensie debiut Łukasza Gamrota komiksem nie jest. Obrazy są tu raczej ilustracją do wierszy niż ich integralną częścią. Ta separacja jest widoczna nawet w układzie „Żółci”. Każdy utwór poznajemy najpierw w formie tekstu, a dopiero potem czytamy go w parze z komiksowymi kadrami. Z jednej strony taki zabieg pozwala na „podwójną” interpretację – odbiorca ma szansę skonfrontować swoje własne odczytanie tekstu z wizją rysownika. Z drugiej – każe zastanowić się nad zasadnością wyboru formy. Sama podczas lektury często łapałam się na tym, że opuszczałam „suchy” tekst na rzecz atrakcyjniejszego dla zmysłów quasi-komiksu. Czy nie lepiej byłoby ograniczyć się wyłącznie do ciekawszego, tekstowo-wizualnego podania treści, zamiast parować je z formą tradycyjną…?

Co mówią obrazy

Co by jednak nie mówić o wątpliwej komiksowości tego dzieła, trzeba przyznać, że rysownik wykonał kawał dobrej roboty. Artur Denys ma swój charakterystyczny i wyrazisty styl. Maluje wiersze Gamrota konkretem i abstrakcją, grubą kreską i mocnymi, kontrastowymi kolorami. Biel, czerń, czerwień, prosta kreska oraz linie – raz miękkie, raz kanciaste – dobrze oddają klimat tekstów. Uplastyczniają słowa, podkreślają ich emocjonalność i mocniej działają na odbiorcę. Depresyjność, biologiczność oraz proza życia komunikowane poezją znajdują w obrazie swoje zwielokrotnione odbicie, a nawet nowe znaczenie.

Szkoda tylko, że rysownik nie pokusił się o ciekawszy dialog z tekstem. Komiks jako medium daje szerokie pole do popisu, na które rysownik (lub autor wierszy) najwyraźniej nie miał ochoty. Taki projekt aż prosi się o zabawę z typografią, większe zintegrowanie słów z ilustracjami, wpisanie ich w graficzny krajobraz w nieszablonowy sposób… Myślę, że tego rodzaju zabiegi mogłyby pomóc stworzyć wspomnianą wcześniej nową jakość, wartość dodaną, której trochę mi w „Żółci” zabrakło.

Czy komiksiarze polubią poezję?

Według wydawcy „Żółć” to twierdząca odpowiedź na pytanie o to, czy mniej przystępna literatura może trafić do szerszej publiczności. O ile bardzo kibicuję popularyzacji poezji, nie jestem pewna, czy to rzeczywiście skuteczna droga. Trudno mi sobie wyobrazić, by typowi miłośnicy komiksu radośnie rzucili się na podobne publikacje. Poetyckie komiksy – pozbawione fabuły, wymagające i dość abstrakcyjne – bardzo różnią się od opowieści, do których przyzwyczajeni są odbiorcy powieści graficznych.

Oczywiście, jak każde medium, komiksy mogą przyjmować ambitniejszą formę, która oferuje coś więcej niż tylko rozrywkę (patrz np. „Persepolis”, „Maus”, „Sandman” czy dzieła Alana Moore’a). Takie pozycje są znane i doceniane także w głównym literackim nurcie. Czy jednak poezja w tej formie może stać się równie popularna jak komiksowa proza? Wydaje mi się, że w obecnych warunkach nie jest to zbyt prawdopodobne. Dopiero gdy bazowe zainteresowanie poezją jako taką wzrośnie, można liczyć na wydawniczy sukces albumów graficzno-wierszowanych. To raczej w miłośnikach poezji lub szeroko pojętej sztuki, a nie w fanach komiksu, widzę odbiorców „Żółci” i podobnych tworów.

Istnieje jednak szansa, że się mylę. Być może intrygująca forma w połączeniu z dobrą promocją i znanymi komiksowymi nazwiskami jest w stanie zainteresować poezją więcej osób. Możliwe, że gdyby komiksy poetyckie wylądowały w bibliotekach, licealiści sięgaliby do nich chętniej niż do szkolnych podręczników. Może gdyby np. Ania Krztoń, która już raz ukomiksowiła cudzy wiersz, stworzyła cały cykl takich prac, uczyniłaby swoich fanów fanami poezji. Może wreszcie „Żółć”, wyróżniająca się formą na tle innych poetyckich debiutów, poradzi sobie lepiej niż tradycyjne tomiki poezji i przekona do siebie opornych…

Czy tak właśnie się stanie? Cóż, to się okaże. Na pewno będę śledzić dalsze losy tej publikacji i jej autorów. A póki co pozostaje mi trawić w głowie wiersze Gamrota oraz obrazy Denysa, mając nadzieję, że to nie koniec i będzie coś więcej.

 

***

Książka „Żółć” została wydana w grudniu 2020 roku przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi oraz katowicką Fundację Rozwoju Inicjatyw Regionalnych przy wsparciu Instytutu Literatury. Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy jej autorowi – Łukaszowi Gamrotowi.